piątek, 3 czerwca 2016

Wyparta woda

Sarah Crossan
Kasieńka (The Weight of Water)
tł. Katarzyna Domańska
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 
ISBN 978-83-63696-39-9



Była sobie Kasieńka, niewyróżniająca się niczym polska dziewczynka, mieszkająca w Gdańsku ze swoimi zwyczajnymi rodzicami. A jednak coś ją wyróżniało – była to niezwykła lekkość w pływaniu, które bohaterka uwielbiała. Rodzina też okazała się nie być taka przeciętna, wydarzyło się bowiem coś, co zrujnowało cały świat Kasieńki. W wyniku działań i decyzji dorosłych dziewczynka musiała opuścić swój dom, miasto, wszystkie koleżanki i znane miejsca, by razem z mamą wyruszyć w nieznane. W jej życiu zaszły wielkie zmiany, wszystko co znane i bezpieczne zniknęło i odtąd Kasieńka postawiona została wobec nieznanych emocji, trudnych sytuacji i negatywnych konsekwencji nie swoich działań.

Imię głównej bohaterki przywodzi na myśl skojarzenie z jej imienniczką Katarzynką z innej książki dla dzieci, autorstwa francuskiego noblisty Patricka Modiano. Ciekawie wypada zestawienie obu tych książek, znajduje się w nich bowiem wiele wspólnych czy podobnych wątków. Obie dziewczynki zostają w pewnym momencie życia z jednym z rodziców – Polka z mamą, Francuzka z tatą – podczas gdy drugi z nich jest gdzieś daleko, w innym kraju. Bohaterki łączy posiadanie talentu – Kasieńka świetnie pływa, Katarzynka tańczy klasycznie. Obie czują się nieco inne od rówieśników i osamotnione, ale w pewnym momencie nawiązują bliską więź z jednym z dzieci; umieją także, z uwagi na swoją wrażliwość, wnikliwie obserwować otaczający ich świat i ludzi.

Tytułowe postaci dziecięce obu książek doświadczają także sytuacji emigracji i porzucenia swego dotychczasowego życia – jedna przyjmuje to jednak ze smutkiem, druga z radością i nadzieją, nie pozbawioną żalu. Inne różnice to przede wszystkim postawa rodzica, który opiekuje się córką – mama Kasieńki ewidentnie ma ogromne problemy z własnymi emocjami, nową sytuacją i relacją z dzieckiem, z kolei tata Katarzynki jest człowiekiem aktywnym (czasem nawet nadaktywnym) zawodowo i towarzysko, przyjmując wszystko z pogodą ducha. Postawa opiekunów wpływa bezpośrednio na emocje i zachowanie obu dziewczynek: jedna czuje ogromny ciężar odpowiedzialności za mamę oraz społecznej obcości i nieadekwatności, a życie jawi się jej jako szare i trudne, druga przyjmuje wszystko z uśmiechem i odważnie konfrontuje się z innymi, nawet z dorosłymi ludźmi, a jej codzienność ma w sobie posmak niespodzianki i przygody.

Książka o Kasieńce powstała jako debiut Sarah Crossan, irlandzkiej powieściopisarki, filozofki i literaturoznawczymi. W jej biografii znajdziemy wzmiankę o pracy w szkole i może to właśnie doświadczenie uwrażliwiło ją na problemy dzieci. Autorka nie unika trudnych i słabo opisanych w literaturze dziecięcej tematów (m. in. emigracji czy trudności codziennego życia bliźniąt syjamskich), eksperymentuje także z formą – dwie jej książki, w tym tu recenzowana, napisane zostały wierszem, co – jak napisała w jednym z felietonów - wprawiło w przerażenie niektórych czytelników, a nawet jej przyjaciół obdarowanych książką.

Zapewne większość czytelników, którzy skończyli edukację już jakich czas temu, pamięta prawo Archimedesa w jego starej wersji (ciekawi nowej mogą ją odnaleźć i przeczytać samodzielnie), która głosi, że Ciało zanurzone w cieczy lub gazie traci pozornie na ciężarze tyle, ile waży ciecz lub gaz wyparty przez to ciało. W kontekście oryginalnego tytułu książki „The Weight of Water” (Waga wody) nie sposób nie wysnuć wniosku, że im częściej i radośniej pływa Kasieńka, tym więcej traci pozornie na wadze jej ciało i zupełnie realnie zmniejsza się ciężar przygniatających ją problemów. Jak dziewczynka uczy się wypierać coraz więcej wody i skąd bierze się radość w jej życiu dowiecie się z kropel emocji ukrytych między wierszami i obrazów malowanych słowami książki. Ich składanie w całość stanowi piękne doświadczenie dla czytelników z dziecięcą ciekawością na nowe przygody czytelnicze i otwartych na świat widziany oczyma młodszych bohaterów.


Recenzja pierwotnie opublikowana w serwisie

środa, 20 kwietnia 2016

Czytanie łączy

Adam Bahdaj, Helena Bechlerowa, Hanna Januszewska, Ada Kopcińska-Niewiadomska, Anna Świrszczyńska 
Moje książeczki. Księga pierwsza
(Wielki wyścig. Zajączek z rozbitego lusterka. Złoty koszyczek. Podróż w nieznane. O wesołej Ludwiczce. Prawie wszystkie przygody Zuzanny. Koniczyna pana Floriana)
il. Hanna Czajkowska, Janina Krzemińska, Maria Mackiewicz, Mirosław Pokora, Bożena Truchanowska, Krystyna Witkowska, Ignacy Witz
Nasza Księgarnia, Warszawa 2015
ISBN 978-83-10-12442-5



Co najbardziej łączy ze sobą dwie osoby? Wspólne doświadczenia i emocje. A co buduje bliskość między rodzicami i małym dzieckiem? Wspólnie spędzony czas czyli nie tylko bliskość fizyczna, ale także interakcje: dawanie i branie, emocje, współuczestniczenie w czymś. Jedną z ważnych aktywności, zawierającą wszystkie te elementy, jest bez wątpienia wspólne czytanie. Przyjemność lektury jest większa, a wieź silniejsza, gdy jej przedmiotem jest tom, którego tekst i ilustracje są bliskie obu stronom i u każdego z czytelników wywołują żywe emocje czy wspomnienia.

Możliwość takiej pełnej emocji lektury, a może nawet sięgnięcia do wspomnień własnego dzieciństwa, ofiarowało nam wydawnictwo Nasza Księgarnia wydając w jednym tomie siedem dobrze znanych z serii „Moje książeczki” opowieści dla dzieci. Dla czytelników powyżej 30 roku życia, zwłaszcza tych, którym w dzieciństwie rodzice, dziadkowie lub starsze rodzeństwo czytali książki, wizerunek kota w czerwonych butach z wpisaną w obrazek nazwą serii „Moje książeczki”, zamieszczony na tylnej okładce, to symbol lat dziecięcych. Teraz, po wielu latach, z przyjemnością zanurzyć się mogą w świat dziecięcych zachwytów i fascynacji, podziwiając pięknego konia Białogrzywka, żeglując z myszką Kundzią po jeziorze, szukając z Ludwicką króla z piernika, śmiejąc się z figli Zuzanny, goniąc zajączka z rozbitego lusterka i ścigając się ze ślimakiem Pafnucym a także niosąc z doboszem Jasiem złoty koszyczek. Radość lektury będzie większa, gdy towarzyszyć nam będą mali czytelnicy: dzieci, wnuki, siostrzeńcy czy bratankowie albo nasi podopieczni.

Ze wzruszeniem wrócimy do ulubionych w dzieciństwie autorów (m.in. Adama Bahdaja czy Heleny Bechlerowej), z zachwytem ucieszymy oczy pięknymi ilustracjami mistrzów w tej dziedzinie (m.in. Mirosława Pokory i Bożeny Tuchanowskiej), a wszystkiemu towarzyszyć będzie zdumienie, jak wiele zachowało się w naszej pamięci oraz jak ponadczasowe są to historie. Lektura tego tomu zainspirować może także do poszukiwań i rozmowy z rodzeństwem i rodzicami. Pisząca te słowa odkryła we własnej domowej biblioteczce cztery tomy z serii, choć w rodzinnym domu było ich kilkanaście (pozostałe wyprowadziły się z rodzeństwem, do dziś trwają spory, czyją własnością były poszczególne egzemplarze), inne zaś kryły się w zbiorach osiedlowej biblioteki.

Seria „Moje książeczki” ukazywała się nakładem wydawnictwa Nasza Księgarnia przez kilkadziesiąt lat – od 1959 do 1991 roku. Opublikowano około pół setki tytułów autorstwa prawie czterdziestu pisarzy, zilustrowanych przez ponad trzydziestu artystów. Książeczki były tak popularne, że dwadzieścia z nich doczekało się kilku wydań (niektóre aż ośmiu!), siedem z nich zyskało ilustracje aż dwóch różnych twórców. Oficyna, zachęcona sukcesem wznowień serii „Poczytaj mi mamo” (dotychczas ukazało się aż sześć zbiorczych tomów i jeden wolumin nowych opowieści, inspirowanych serią) postanowiła sięgnąć do swojego przepastnego archiwum po starsze cykliczne publikacje dla dzieci. W zapowiedziach można już znaleźć kolejny tom „Moje książeczki. Księga druga”. Warto dodać, że w dwóch pierwszych dekadach XX wieku pod tym samym tytułem serii „Moje książeczki” nakładem wydawnictwa M. Arcta ukazało się aż 229 tomów opowieści dla dzieci – były to zupełnie inne tytuły niż wspomniane wyżej, a o ich popularności świadczy fakt, że niektóre wznawiano także w latach dwudziestych.

W czasach, gdy zmiany społeczne i technologiczne coraz bardziej oddalają od siebie przedstawicieli różnych pokoleń, warto szukać i rozwijać to, co łączy bliskich ludzi w różnym wieku i na innych etapach życia. Mogą to być wspólne zainteresowania, sport, troska o zwierzęta, praca czy wartości. Jednym z takich spoiw bez wątpienia może się stać miłość do książek i wspólna lektura. Czytanie pozwala naprawdę łączyć – nie tylko przyjemne z pożytecznym, ale także aż trzy różne pokolenia.


Recenzja opublikowana pierwotnie w serwisie

czwartek, 31 marca 2016

Inwazja Obcych i gigantyczna mrówka… to szkolna wymówka!

Davide Cali
Spóźniłem się do szkoły, bo...
(A Funny Thing Happened on the Way to School...)
tł. Jadwiga Jędryas
il. Benjamin Chaud
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2015
ISBN 978-83-63696-59-7


Chodzenie do szkoły to nie jest bułka z masłem. Trzeba się uczyć, odrabiać lekcje, poddawać ocenie innych oraz radzić sobie w interakcjach z niezidentyfikowanymi przez specjalistów jednostkami aspołecznymi. Z drugiej strony środowisko szkolne sprzyja rozwojowi, pomaga ćwiczyć kreatywność (podczas nauki oraz w celu jej unikania), a także oferuje możliwość poznania szerokiego wachlarza różnorodnych okazów ludzkich – w podobnym wieku oraz tych zdecydowanie starszych stażem pobytu w tej placówce. Co dziwne – niektóre indywidua po kilku latach w niej spędzonych przymusowo wracają dobrowolnie, by spędzić w niej dalsze kilkadziesiąt lat swego życia. A co ciekawsze – wielu jej użytkownikom towarzyszy jednocześnie ambiwalencja, to znaczy sympatio-antypatia. Co z tego może wyniknąć?

Prosty pomysł na książkę zawierającą sceny wyjaśniania przyczyn nie wywiązania się z obowiązków szkolnych stał się dla jej autorów doskonałą okazją do zaprezentowania dziecięcej pomysłowości i nieskrępowanej wyobraźni, ale także subtelnego poczucia humoru obu twórców. Warto docenić nie tylko tekst, ale i idealnie współgrające z nim ilustracje, które w istocie rzeczy opowiadają dodatkową historię, dzięki czemu całość jest świeża, zabawna i pozwala na tropienie porozumiewawczych mrugnięć okiem do czytelnika obytego w popkulturze. Wydawać by się mogło, że większą może nawet przyjemność ze spędzenia czasu z książką będzie miał czytelnik starszy, wyłapujący więcej aluzji, podczas gdy dla młodszego tom stać się może, niestety ach!, doskonałą inspiracją czy wręcz instruktażem migania się. Bez względu jednak na metrykę osoby trzymającej w dłoniach wolumin wieloznaczny tekst oraz ilustrujące go (oraz uzupełniające, a czasem kpiąco przekorne) prace, zapraszają do wnikliwego studiowania (szczegóły ilustracji!) oraz kilkukrotnej lektury i oglądania, dzięki czemu możemy dokonywać wciąż nowych odkryć.

Druga wspólna książka duetu Davide Cali (tekst) i Benjamin Chaud (ilustracje) może być czytana z przyjemnością nawet bez znajomości poprzedniego dzieła, choć stanowi komplet z wydanym wcześniej „Nie odrobiłem lekcji, bo…” i jest jego doskonałym uzupełnieniem. Choć bowiem zaskoczenie czytelnika kreatywnością usprawiedliwień ucznia (tego samego w obu tomach) wobec nauczycielki (także tej samej) nie jest już tak duże, jak przy pierwszym z nimi spotkaniu, to tym razem autorzy wprowadzili kilka nowych pomysłów. Na kartach tego wydawnictwa odnajdziemy nie tylko liczne nawiązania do klasycznych bajek i baśni (m.in. Perraulta czy braci Grimm), popularnych filmów sensacyjnych i katastroficznych czy mitów kultury zachodniej, ale także autocytaty. Na dwóch ilustracjach znajdziemy wspomnianą wyżej poprzednią książkę obu twórców (porzuconą w trakcie lektury przez głównego bohatera oraz czytaną przez pewne dziwaczne stworzenie), w innym miejscu odnajdziemy charakterystyczny dmuchawiec i żabę (aluzja do serii książek Benjamina Chauda o Pomelo). Z łatwością odszukamy też postaci znane już z poprzedniej pracy autorów – poza nauczycielką i głównym bohaterem jest to także towarzyszący mu pies czy sąsiedzi. Od razu nasuwa się zatem pytanie: czy pojawi się kolejny tom tego nieformalnego cyklu o szkolnych wymówkach?

Odkładając książkę na bok (chwilowo) pomyślny z uznaniem o niespożytej pomysłowości bohatera (acz niekoniecznie równie pochlebnie o jego postawie i gospodarowaniu czasem), ale także nie przeoczmy jakże wyrozumiałej i pełnej cierpliwości postaci nauczycielki, która z uwagą słucha monologu swojego podopiecznego, zadaje dodatkowe pytania i nie komentując ich wysuwa na koniec rozsądną wątpliwość. Wisienką zaś na torcie tej smakowitej lektury niech będzie kilka kluczowych ilustracji - pierwsza (na stronie przedtytułowej) oraz ostatnie dwie, których dokładne przestudiowanie może znacząco zachwiać naszym zdecydowanym poglądem na całą sytuację…


Recenzja początkowo opublikowana w serwisie

piątek, 25 marca 2016

Poskromicielka małych bestii

Christianna Brand
Niania
(Nurse Matilda. Nurse Matilda Goes to Town. Nurse Matilda Goes to Hospital)
tł. Rafał Śmietana
il. Edward Ardizzone
Znak emotikon, Kraków 2016
ISBN 978-83-240-3348-5


Uwaga! Minister Rodziny ostrzega: lektura tej książki bez nadzoru rodziców może poważnie zaszkodzić mieniu i zdrowiu rodziny. Nie wspominając o problemach wychowawczych.


Dawno, dawno temu, w czasach, gdy nie było Internetu, telefonów komórkowych i Superniani, była sobie Niania Matylda. Opiekowała się dziećmi państwa Brown i zamieszkiwała stronice trzech książek cyklu, w którym była tytułową postacią. Czasy były niełatwe (jak to czasy), bo wiktoriańskie (choć książki zostały napisane w latach 1964-1974), od dzieci wymagało się głównie tego, że ma ich nie być widać ani słychać, a jeśli jednak tak – mają przypominać miniaturowych dorosłych. Mile widziane było deklamowanie z uroczą, niewinną ekspresją oraz oszczędność gestów i okazywanych emocji w parze z nienagannie czystym i sztywnym odświętnym (wiadomo – goście) ubraniu, w którym dawało się tylko oddychać i nic więcej. Mamy przed oczyma wyobraźni te słodkie, niewinne aniołki z epoki wiktoriańskiej? To świetnie, bo dzieci państwa Brown były dokładnie takie… tylko w idealizującej je wyobraźni ich matki. W rzeczywistości były to nieokiełznane diablątka, którym Superniania na pewno nie dałaby rady. Dlaczego?

Jest ich… nie wiadomo ile, ale wiele, chyba kilkanaścioro. Sama autorka gubi się w tej obfitości, pisze także, że nawet rodzice myśleli o nich ujmując w grupy. Mamy zatem: Starszaki, Średniaki, Maluchy, Szkraby oraz Bobasa. Towarzyszyły im w psotach dwa jamniki. Każda z niań, opiekunek i służących, zajmujących się nimi zwalniała się po upływie maksymalnie tygodnia, uciekając z krzykiem i obłędem w oczach. Ulubioną rozrywką dzieci jest bowiem nie tylko odmowa wstania z łóżka, umycia i ubrania się czy spożycia posiłków, ale także robienie upiornych figli sobie nawzajem, służbie i opiekunkom, a nawet psom i innym zwierzętom gospodarskim. Przejawiają przy tym niesamowitą wyobraźnię i kreatywności, brak manier, brak empatii i okrucieństwo, całkowity brak szacunku dla cudzej pracy i uczuć oraz niespożytą energię i całkowity brak wyrzutów sumienia. Do czasu jednak… Pewnego dnia zjawia się bowiem magicznie, polecana przez poprzednie nianie i opiekunki oraz pracowników Agencji jako jedyne antidotum, niania Matylda.

Powieść stworzył duet kuzynostwa na kanwie opowieści usłyszanych od dziadka: Christiana Brand napisała powieści, a Edward Ardizzone doskonale je zilustrował. Tytułowa postać jest nietuzinkowa – to wcielenie konsekwencji, dobrych manier i zdrowego rozsądku, stanowi wizualnie idealną postać niani, którą… można wystraszyć każde krnąbrne dziecko. Ma pomarszczoną, brązową twarz, czarne małe oczka jak guziki, nos jak dwa kartofle, wystający z wargi jeden ząb, a ubrana jest w czarne, zniszczone ubranie. Podobnie jak Mary Poppins posiada magiczne umiejętności, które przywołuje uderzając w podłoże swoją wielką czarną laską. Co ciekawe jej magia polega na tym, że dzieci robią to co wcześniej, ale… Zresztą przeczytajcie sami. Dodam tylko, że metody przez nią stosowane odnaleźć możemy we współczesnej psychoterapii humanistycznej, gdzie noszą nazwę paradoksu terapeutycznego. Niania uczy dzieci dobrych manier, ale – co ważniejsze – także empatii i szacunku do innych ludzi, bez względu na ich wiek, status społeczny czy iloraz inteligencji.

Nurse Matilda, postać znana miłośnikom literatury dziecięcej od ponad 50 lat, na półkach polskich dzieci gości dopiero od lekko ponad dekady. W tomie pierwszym obserwujemy dzieci, które zmieniają się na lepsze i wtedy niania odchodzi, by pomóc innym dzieciom. W drugiej części dzieci, znów okropnie krnąbrne, zostają wysłane do ciotki Adelajdy, mieszkającej w Londynie (rodzice wyjeżdżają na wakacje za granicę), gdzie wspinają się na szczyty nieposłuszeństwa i wtedy pojawia się znów niania Matylda. Po swym powtórnym zniknięciu na końcu drugiej części wraca ona w trzecim woluminie, by zawieźć symulujące dzieci do szpitala, gdzie po wywołaniu całkowitej dezorganizacji placówki uczą się pomagać innym. Następnie jadą nad morze, by spędzić z ciotką Adelajdą wakacje.

Polskie wydanie „Niani Matyldy” (2006r.) i dalszych tomów serii należy prawdopodobnie przypisać popularności filmu „Niania” (ang. „Nanny McPhee”, 2005), będącemu luźną ekranizacją pierwszego tomu trylogii. Wiele w nim mieniono w stosunku do literackiego oryginału – niania, w której postać wcieliła się Emma Thompson (także autorka scenariusza), zamiast imienia otrzymała nazwisko, ilość dzieci ograniczono do siedmiu, a ich matkę uśmiercono, pozostawiając wszystkie problemy wychowawcze ich owdowiałemu ojcu, odtwarzanemu przez Colina Fita, który dodatkowo musi się bronić przed pazerną potrójną wdową, która ma wobec niego plany. Film doczekał się sequela pt. „Niania i wielkie bum” (ang. „Nanny McPhee and the Big Bang”, 2010), którego akcja rozgrywa się sto lat po wydarzeniach z części pierwszej – w czasie drugiej wojny światowej. Tym razem scenariusz zawiera tylko kilka scen inspirowanych całą trylogią. Emma Thompson w jednym z wywiadów wspomniała o planach zrealizowania trzeciego filmu. Jak głoszą plotki z filmowego świata - jego akcja prawdopodobnie będzie obejmować czasy współczesne.

Nie jestem do końca pewna czy tom, zawierający wszystkie trzy powieści, to najbardziej pedagogiczna na świecie lektura dla naszych pociech. Owszem, zawiera przesłanie o treści wychowawczej, ale przyznam, że kreatywność małych Brownów w wymyślaniu figli i psikusów wydaje się nie mieć końca i może być bardzo inspirująca dla mniej krytycznych dzieci. Zatem, dla bezpieczeństwa swojego i własnej progenitury, najpierw przeczytajcie książkę sami i zdecydujcie, czy oddać ją dzieciom. Tak czy inaczej będzie to ciekawy temat do rodzinnej rozmowy przy stole, gdy pociechy znów zaczną wykazywać niepokojąco wysoki poziom energii. A rozmowa i wspólne spędzanie czasu to, jak wiadomo od czasów niani Matyldy, dwie z najbardziej niedocenianych, ale zadziwiająco skutecznych metod wychowawczych.


Recenzja pierwotnie opublikowana w serwisie

czwartek, 24 marca 2016

Chodź polować z nami na niedźwiedzia rymami

Michael Rosen
Idziemy na niedźwiedzia (We're Going on a Bear Hunt)
tł. Maciej Byliniak
il. Helen Oxenbury
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2015
ISBN 978-83-64347-12-2


Wreszcie możemy przeczytać naszym małym czytelnikom świetną, uwielbianą przez angielskie dzieci, rodziców i nauczycieli, książkę „Idziemy na niedźwiedzia”. Wydana po raz pierwszy ponad 25 lat temu niedługa, rymowana opowieść o wyprawie pewnej rodziny na niedźwiedzia, oparta jest na znanej amerykańskiej piosence angażującej maluchy do pokazywania niektórych treści i naśladowania dźwięków. Tom od czasu premiery cieszy się niesłabnącą popularnością, zaliczany jest do klasyki literatury dziecięcej i stanowi żelazną pozycję w biblioteczce domowej prawie każdego rozwiniętego czytelniczo anglojęzycznego kilkulatka. Ciekawe, czy nasze kilkulatki także polubią tę zabawną opowieść.

Historia, zmieniona nieco i opowiedziana na nowo przez angielskiego poetę Michaela Rosena, jest dość prosta – pewna kilkuosobowa rodzina wybiera się na niedźwiedzia, którego chcą złapać. Plan nie jest zbyt precyzyjny, chodzi o samą wyprawę i zabawę. W wyprawie biorą udział: tata, niemowlę, dwoje kilkulatków i nieco starsza od nich (8-10-letnia) dziewczynka. Gdy już znajdą niedźwiedzia ich zamiary ulegną pewnej znaczącej zmianie… Tyle wyczytać można z treści, ale jest także forma, która pozwala nas cieszyć się naśladowaniem dźwięków towarzyszącym członkom rodziny podczas kojonych trudności podczas wyprawy.

Ogromnym atutem tomu są jednak ilustracje Helen Oxenbury, uznanej artystki (wśród jej wielu świetnych prac znajdują się m.in. te do „Alice’s Adventures in Wonderland” Lewisa Carrolla) oraz autorki książek dla dzieci. Tym razem w jej pracach, obok świetnej kreski doskonale oddającej gesty i mimikę dzieci, zwraca uwagę podział na prace barwne i czarno-białe. Najpierw układają się one naprzemiennie, po punkcie kulminacyjnym – zostają już tylko ilustracje w kolorze. Gdy przyjrzymy się treści, jasne się staje, że kolor podkreśla akcję i działanie rodziny w obliczu trudności, natomiast ich myśli i plany, oddane jako szkice w czerni i bieli, doskonale oddają ich potencjalność, ale jeszcze nieurzeczywistnienie. Co ciekawe to właśnie na tych kolorowych stronach umieszczono onomatopeje czyli słowa dźwiękonaśladowcze, oddające przedzieranie się bohaterów przez trudności, spowodowane kontaktem z kapryśną czy groźną naturą. Zatem mały czytelnik otrzymuje przesłanie, że to dzięki podjęciu działania, a nie tylko rozważaniom czy słowom, a także w kontakcie z przyrodą jej/jego życie oraz otaczający świat nabiera barw i staje się prawdziwy. Warto dodać, że w pierwszych wydaniach angielskich także litery tytułu na okładce książki wydrukowano w kolorze – każda jest inna. Na uwagę zasługuje także ostatnia, już na wyklejce, ilustracja przestawiająca zrezygnowanego (smutnego?) niedźwiedzia wracającego do domu. Ilustratorka w ten sposób przemyślnie sugeruje, że może cały sens opowieści jest zupełnie inny, niż założyliśmy…

Brawa należą się bez wątpienia tłumaczowi książki Maciejowi Byliniakowi, który stanął wobec niełatwego zadania oddania rytmów i rymów oryginalnego tekstu w naszym języku. Zadanie to było tym trudniejsze, że - po pierwsze - dzieci polskie nie znają piosenki-pierwowzoru książki, zaś po drugie – niełatwo oddać rytmiczność tekstu, który w oryginale składa się w większości ze słów jedno- i dwusylabowych. Język polski obfituje natomiast w wyrazy trzysylabowe, które znacznie trudniej używać do śpiewania czy skandowania. Ponadto angielskie onomatopeje układają się w niezwykle zabawne, podobne brzmieniowo pary słów, np. „swishy swashy” czy „squelch, squerch”, których nie sposób oddać po polsku – udało się to tylko z parą „Plusk, plask!” Miejmy nadzieję, że tłumacz i Wydawnictwo Dwie Siostry sięgną także po kolejne urocze książki Helen Oxenbury.

Opowieść o rodzinnej wyprawie czytana rytmicznie i z zabawną ekspresją bardzo spodobała się ciekawej świata trzyipółletniej czytelniczce, która zaraz po lekturze zaczęła już samodzielnie „czytać” książkę, doskonale odtwarzając z pamięci całe fragmenty i przejęciem naśladując dźwięki pojawiające się w bardziej emocjonujących miejscach. I to niech będzie najlepsza rekomendacja tej pięknie wydanej książki.


Recenzja pierwotnie opublikowana w serwisie

wtorek, 22 marca 2016

Z książką miesiąc w miesiąc

 
Katarzyna Bogucka
Rok w mieście
Nasza Księgarnia, Warszawa 2015
ISBN 978-83-10-12805-8


Gdzie jest Karolina? Kiedy można spotkać Angelikę? Co ciekawego robi Andrzej we wrześniu? A co dzieje się w ratuszu? Jak zmienia się park na przestrzeni miesięcy? Jakie nieszczęście przydarzyło się w lutym? Kogo spotkamy w szpitalu w styczniu, a kogo w listopadzie? Ile stopni jest w maju, a ile w lipcu? Odpowiedzi na te i inne jeszcze pytania możemy (z radością) odszukać oglądając sztywnostronicową książkę „Rok w mieście”. Tom zawiera dwanaście rozkładanek obrazujących (a nie opisujących, ponieważ w publikacji tekst znajdziemy tylko na początku i końcu) poszczególne miesiące roku. Każdy z nich ma jakiś dominujący kolor i przedstawia życie miasta, z jego instytucjami, domami mieszkalnymi i mieszkańcami, uchwyconymi o jakiejś konkretnej godzinie, pokazanymi także w kontekście typowej dla tej danej pory roku temperatury powietrza. A wszystko to zostało narysowane charakterystyczną kreską Katarzyny Boguckiej.

Książka, mimo niewielu stron, wciąga w swój świat do tego stopnia, że traci się poczucie czasu. Każdy może wybrać sobie własny sposób jej przeglądania: szukając na każdej karcie konkretnej osoby (osób) i poznając rozwój jej (ich) historii przez kolejne działania, obserwując oznaki przemian w przyrodzie (rośliny, zwierzęta) widoczne w parku, śledząc przejawy życia miasteczka czyli tego, co dzieje się na deptaku, w ratuszu czy przed kawiarnią lub też oglądając dokładnie każdą stronę bez koncentrowania się na jakiejś szczególnej osobie, miejscu czy temacie. Można też (użytkując tom wspólnie z dzieckiem czy innym chętnym) urządzić zabawę z zadaniami – zadając zagadki czy na czas szukając konkretnej osoby lub sytuacji. Pomocą bez wątpienia będą przedstawione na pierwszych stronach postaci opowieści (a także ich profesja lub zajęcie) w liczbie sześćdziesięciu kilku, co – jak sądzę – doskonale ukazuje stopień skomplikowania przedstawionych w książce scenek rodzajowych. Na końcu książki odnaleźć możemy planszę z zadaniem, które z pewnością w podobnym stopniu zaangażuje małych i większych czytelników, a raczej oglądaczy.

Warto docenić różnorodność bohaterów - znajdziemy tu osoby w różnym wieku, ze zróżnicowanym stopniem sprawności ruchowej i pochodzące z kilku krajów - oraz ogromną dbałość autorki książki o detale, zarówno te wynikające ze zmienności natury (pory roku), jak i wydarzeń kulturalnych czy tradycji (święta, rocznice). Uważni obserwatorzy zauważą nawiązania do ważnych medialnych wydarzeń czy dyskutowanych kwestii społecznych, ale także z uznaniem odnotują holistyczne podejście do życia – są tu scenki związane ze zdrowiem, edukacją, kulturą i sztuką, rozrywką, życiem rodzinnym, przyjaźnią, pracą, hobby, sportem, aktywnością społeczną czy duchowością. Dzieci ucieszy bogactwo wydarzeń, dorośli chętnie oddadzą się przyjemności porównywania czy odnajdywania analogii do życia swojego miasta lub miejscowości, a jedni i drudzy nasycą swoje oczy doskonałymi ilustracjami, czym zapewnią sobie wielką estetyczną przygodę.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia niedawno opublikowało także Rok w lesie, którego autorką jest Emilia Dziubak. Wydaje się zatem, że może to oznaczać początek świetnej serii książek przedstawiających zamiany zachodzące w różnych miejscach na przestrzeni roku. Z nadzieją zatem wyglądając kolejnych tomów z niesłabnącą ciekawością oglądajmy wciąż scenki miejskie. Książka za każdym razem odkrywa bowiem nowe tajemnice, a w zależności od nastroju oglądającego, jego poziomu aktywności i stopnia zmęczenia odnaleźć w niej można coś zupełnie innego. Zaskakujących odkryć!


Recenzja opublikowana pierwotnie w serwisie
 

środa, 24 lutego 2016

Znajdź się w swoim żywiole!

Aleksandra i Daniel Mizielińscy
Pod ziemią, pod wodą
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2015
ISBN 978-83-65341-05-1



Aleksandra i Daniel Mizielińscy, świetni ilustratorzy oraz pomysłodawcy i autorzy niezwykłych książek dla dzieci, stanowią już dziś uznaną markę. Każda z ich nowych publikacji wzbudza żywe emocje oraz zainteresowanie nie tylko czytelników – małych i dużych – ale także krytyków, artystów i znawców książki dziecięcej. Podobnie było w przypadku ich ostatniego, jak dotąd, dzieła. Dwustronna książka Pod ziemią, pod wodą cieszy się niesłabnącym uznaniem czytelników, zebrała zasłużenie mnóstwo pochwał, a ostatnio chińska edycja książki otrzymała tytuł najlepszej książki roku 2015 przyznawany przez The Beijing News Weekly Review.

Ogromna księga Mizielińskich to ambitne zadanie nie tylko w kwestii ćwiczenia nadgarstków – tomisko, którego lekturę można rozpocząć z obu stron, przedstawia to, co dla przeciętnego człowieka jest niewidoczne. Z każdą stroną możemy się bowiem bardziej zagłębić pod podszewkę tego, co widzimy żyjąc na Ziemi – zanurkować w wodne odmęty lub zanurzyć w głąb nory (niekoniecznie króliczej), jaskini czy podziemnego tunelu. Podróżując wraz z każdą kolejną stroną w głąb, możemy poczuć się jak Alicja spadająca w dół nory Białego Królika. Dziewczynka obawiała się, że jej swobodne opadanie może się wcale nie skończyć lub w najlepszym wypadku osiągnąć swój kres w środku Ziemi, ale stało się inaczej. Tutaj rzecz wygląda dokładnie jak w przypuszczeniach bohaterki Lewisa Carrolla – rzeczywiście osiągamy koniec docierając podczas lektury do środka Ziemi, bez względu na to, z której strony rozpoczniemy przygodę z książką: z powierzchni ziemi czy wody.

W czasie czytania i oglądania woluminu – bowiem tekst i ilustracje pełnią tu równie ważką rolę – dajemy się porwać fascynującej różnorodności i bogactwu tego, co mamy dosłownie pod stopami (lub pod swoim, unoszonym na falach, ciałem). Oglądamy podziemne rośliny, zaglądamy pod powierzchnię różnych zbiorników wodnych, poznajemy zwierzęta mieszkające pod ziemią i tajemnicze organizmy żyjące w niedostępnych głębinach oceanów. Podziwiamy odkrywców podziemnych bogactw, nurków - pasjonatów przekraczających możliwości i ograniczenia własnego ciała, lecz także doskonale funkcjonujące podziemne przedsiębiorstwa wydobywcze, wspomagane wciąż ulepszanymi zdobyczami techniki. W równym stopniu zachwycić nas zatem może niesamowite piękno i zaskakująca cudowność natury, jak i niesłychana pomysłowość i brawura poznawcza człowieka, próbującego zgłębić jej sekrety. Słowo „zgłębić” idealnie oddaje trudności w wydzieraniu przyrodzie jej tajemnic – bowiem im głębiej i dalej od powierzchni, tym mniej zbadana jest nasza planeta, a znajdujące się w niej stworzenia, substancje i rządzące nimi prawa wciąż czekają na odkrycie, zbadanie i opisanie.

Ta pięknie wydana w dużym formacie ponad stustronicowa książka zapewni każdemu, kto się z nią zetknie, pasjonującą, pełną przygód i niespodzianek wyprawę w głąb dwóch żywiołów, dzięki której straci poczucie czasu. Tom stanowi doskonałą inwestycję i przyniesie wymierne korzyści – dzięki niemu nie tylko poszerzymy swoją wiedzę (korzyść poznawcza), doskonale spędzimy czas (rozrywka), będziemy chcieli podzielić się opisanymi w niej odkryciami z innymi (społeczna), ale także możemy się poczuć zainspirowani do własnych poszukiwań (edukacyjna), a może nawet do wyboru hobby (rozwojowa) czy zawodu (zawodowa). Nie od rzeczy będzie także nadmienić, że w jednym tomie znajdziemy tu informacje z wielu dziedzin: biologii, fizyki, chemii, geografii, archeologii, a także mechaniki, historii techniki i odkryć naukowych i wielu innych, co nie tylko umożliwi oszczędzanie wydatków na różne opracowania, ale i czasu potrzebnego na ich poszukiwanie i wertowanie (informacyjno-ekonomiczna). Nie wspominając już o niebagatelnym wpływie tej publikacji na rozwój wrażliwości ekologicznej, artystycznej czy czytelniczej. Miejmy nadzieję, że autorzy stworzą także książki o kolejnych żywiołach – powietrzu i ogniu.

Chcesz znaleźć się w swoim żywiole? Odkryj przyjemność płynącą z lektury. Aby dać się porwać żywiołowi czytaj książki piękne i mądre. Jeśli wybierzesz powyższą - możesz nawet rzucić się żywiołowo w objęcia dwóch żywiołów jednocześnie…


Recenzja pierwotnie opublikowana w serwisie